Instytut Tolle Lege

Dlaczego ewangelikałowie myślą, że nienawidzą liturgii?

4 kwietnia 2018 | D. G. Hart

Często wyjaśnia się świat amerykańskiego protestantyzmu, dzieląc go według sposobu odprawiania nabożeństwa. Składa się on zatem z kościołów liturgicznych i nieliturgicznych. Wspólnoty liturgiczne rozpoznaje się po używaniu modlitewnika, ustalonej formie nabożeństwa, stroju pastora odmiennym od ubrań wiernych (todze lub albie), praktykowaniu procesyjnego wejścia na początku nabożeństwa oraz uroczystego wyjścia pod jego koniec, cotygodniowej Wieczerzy Pańskiej oraz po ogólnie poważnym i dostojnym charakterze nabożeństwa. Na ogół myślimy o ewangelikałach jako o tych, którzy opanowali do perfekcji nieliturgiczną formę nabożeństwa. Ewangelikałowie są nieliturgiczni, ponieważ unikają tych elementów, które cechują liturgiczne nabożeństwo – modlitwy są spontaniczne, unika się rutyny oraz ustalonych form, pastor zakłada garnitur, a czasem nawet ubiera się bardziej nieformalnie, nie ma żadnego uroczystego rozpoczęcia i zakończenia, długie kazanie zaczyna się nieomal dokładnie w połowie nabożeństwa, Wieczerza Pańska jest celebrowana sporadycznie (raz w miesiącu lub raz na dwa miesiące), a ogólny nastrój jest bardzo niezobowiązujący.   

Liturgia wielkiego posłannictwa

Jednak wrogość ewangelikałów względem liturgii rozumiana jako burzenie się na formalność, dekorum i powagę nabożeństwa, pojawiła się na długo przed wzrostem popularności ruchu charyzmatycznego. Jeden z pierwszych ataków na przyjęte formy nabożeństwa, niezależnie od tego czy luterańskiego, reformowanego, episkopalnego, kwakierskiego, czy nawet anabaptystycznego, nastąpił w okresie tryumfu ruchu przebudzeniowego oraz masowych ewangelizacji. Do tego zwycięstwa nie doszło w czasie krucjat Charlesa Finneya podczas Drugiego Wielkiego Przebudzenia 1 (w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku). Finney opierał się na przekonaniach na temat nabożeństwa, które zostały uformowane prawie stulecie wcześniej. Początki masowych ewangelizacji sięgają raczej praktyk i wysiłków George’a Whitefielda oraz jego zwolenników podczas Pierwszego Wielkiego Przebudzenia 2 (w latach czterdziestych XVIII wieku). Niewielu historyków tego przebudzenia bada liturgię Whitefielda i dzieje się tak nie bez powodu. Okoliczności w jakich Whitefield przemawiał, niezależnie od tego czy działo się to na polu, na rynku lub w środku kościoła (do tego dochodziło rzadko, ponieważ budynki kościelne nie były w stanie pomieścić wielkich tłumów), nie były nabożeństwem na cześć trójjedynego Boga Biblii. Forma tych wydarzeń była zaplanowanym środkiem służącym skłonieniu poszczególnych ludzi do doświadczenia łaski nawrócenia. Słuchacze Whitefielda śpiewali wprawdzie pieśni uwielbienia, byli prowadzeni przez niego w modlitwie i wyznaniu grzechów, on sam nawet zaczynał inwokacją 3, ale głównym powodem zgromadzenia było wysłuchanie jego przemówienia, nie uwielbienie Boga. Z tego powodu współczesnym odpowiednikiem przebudzeń Whitefielda są nie nabożeństwa w kościele, ale raczej publiczne zgromadzenia sponsorowane przez Promise Keepers. 4

Oczywiście nie możemy winić Whitefielda, którego teologia była w swojej zasadniczej strukturze kalwinistyczna, za nadużycia ruchu przebudzeniowego. To Charles Finney doprowadził do przyjęcia jako standardu dystynktywnego elementu przebudzenia, który stał się na dobre częścią ewangelikalnej liturgii, to znaczy wezwania do ołtarza 5 (chociaż metodystyczni objazdowi kaznodzieje 6 mogliby słusznie rościć sobie prawa do bycia jego wynalazcami). Jednak chociaż wezwanie do ołtarza było wcześniej zarezerwowane na spotkania przebudzeniowe i Billy Graham wciąż kończy w ten sposób swoje zgromadzenia 7, to w końcu stało się to zwykłą częścią ewangelikalnego nabożeństwa. Dlatego właśnie powszechną praktyką pastorów w kościołach ewangelikalnych jest kończenie kazania wezwaniem do wyjścia na przód, aby przyjąć Chrystusa lub odnowić postanowienie życia świętym życiem. Towarzyszy temu niekończące się powtarzanie słów hymnu „Just As I Am”, które mają skłonić grzeszników oraz upadłych świętych do porzucenia bezpiecznego schronienia w ławkach i wystąpienia. Po kazaniu nie następuje więc celebracja Wieczerzy Pańskiej, podczas której wierzący podchodzą do stołu lub balustrady, aby przyjąć Chrystusa w elementach chleba i wina. Wraz z rozpowszechnieniem się przebudzeń ewangelikałowie wychodzą raczej na przód, aby spotkać Chrystusa w formie wezwania do ołtarza. Ruch przebudzeniowy miał również destrukcyjny wpływ, poprzez zmianę celu nabożeństwa. Zostało ono w kręgach ewangelikalnych zorientowane głównie wokół zdobywania zgubionych, zamiast wokół przypisywania królestwa, mocy i chwały Bogu. Kiedy zgromadzenie świętych i zwiastowanie Słowa stają się przede wszystkim sposobem na docieranie do zgubionych, nabożeństwo porzuca właściwe skoncentrowania na Bogu na rzecz formy, w której przypodobanie się mężczyznom i kobietom, najlepiej zgubionym (we współczesnym języku „poszukującym”), staje się zasadniczym celem.

Nabożeństwo jako godzina wychowawcza

Ruch przebudzeniowy wywrócił do góry nogami protestanckie wzorce liturgii wszędzie tam, gdzie dotarł, czyniąc ewangelikałów wrogimi ustalonym formom liturgii i skłaniając ich do zmienienia znaczenia nabożeństwa. Jednak okazał się jeszcze bardziej niszczycielski dla właściwego rozumienia pracy kościoła. Jedną z intrygujących świeżych innowacji kojarzonych z ruchem wzrostu kościoła 8 jest zaniechanie stosowania wezwań do ołtarza w kościołach, które starają się dotrzeć do niechodzących do kościoła Kowalskich. Co ciekawe pierwsze służby i kościoły „przyjazne poszukującym” wykazywały żywe zainteresowanie działalnością przebudzeniową. Przebudzenia były w końcu sposobem na dotarcie do zgubionych. Jednak w dobie wybrednych gustów konsumentów oraz ostrej konkurencji o udział w rynku wezwania do ołtarza nie wydają się już skuteczne. Dlaczego właściciele domów na przedmieściach wartych pół miliona dolarów mieliby ryzykować wstyd, idąc na przód kościoła, aby pomodlić się o nawrócenie w otoczeniu obcych im ludzi? Ci sami właściciele domów zapewne równie niechętnie wyszliby na środek podczas spotkania rady rodziców, żeby zgłosić się do pomocy przy szkolnych lunchach. Takie opuszczenie siedzenia jest odrobinę zbyt żenujące i wymagające dla konsumentów, którzy pragną wygody wiary bez zobowiązań.

W skutek tego strategia wielu kościołów, które chcą wzrastać liczebnie i mieć wpływ (lub „przemieniać kulturę” w reformowanym slangu), polega na sponsorowaniu licznych programów, mających odpowiadać na to, co uważają za potrzeby mieszkańców ich sąsiedztwa. To podejście do wzrostu lokalnego kościoła ma ogromny wpływ na nabożeństwo i mówi wiele o tym, jak ewangelikałowie postrzegają zadanie kościoła. Jeżeli prawdziwą pracą kościoła jest służba wszystkich świętych sobie nawzajem w tygodniu podczas chrześcijańskich zajęć z aerobiku, opowiadania historii biblijnych przedszkolakom, kursu na temat rodzicielstwa dla młodych ojców i matek, albo nawet – co wydaje się odpowiedniejsze – wieczornego studium biblijnego, to cotygodniowe zgromadzenie w Dzień Pański nabiera innego charakteru i ma inny cel. Słowo oraz sakrament, tradycyjne znaki oraz cele funkcjonowania kościoła, które Mniejszy Katechizm Westminsterski opisuje jako „zewnętrzne i zwykłe środki, poprzez które Bóg komunikuje nam błogosławieństwa pojednania”, stają się mniej istotne. Służba nie jest już definiowana przez te środki łaski, a jej środek ciężkości przenosi się raczej na to wszystko, co wierzący robią w czasie wspólnoty oraz różnego rodzaju grup wsparcia. (Nie chcę powiedzieć, że wspólnota oraz wsparcie nie są ważne, ale raczej pokazać, iż są one oferowane także w takich sferach jak rodzina oraz lokalna społeczność – być może nie powinny być zatem sednem służby kościoła, ale jej owocem.) W tym procesie nabożeństwo staje się nie czasem zwiastowania Słowa poprzez kazanie oraz sakrament, ale raczej okazją do zebrania wsparcia na wszystkie programy kościoła. Innymi słowy nabożeństwo „kościoła sukcesu” staje się godziną wychowawczą.

Godzina wychowawcza, jak wiedzą wszyscy absolwenci państwowych szkół średnich, odbywa się zwykle na początku dnia i służy do wyjaśnienia wszystkich kwestii logistycznych tego przedsięwzięcia edukacyjnego. 9 Nauczyciel sprawdza obecność, uczniowie recytują Przyrzeczenie Wierności 10, pracownik administracji lub nauczyciel odczytuje ogłoszenia na temat nadchodzących wydarzeń oraz programów szkolnych, jest to też okazja do załatwienia innych spraw organizacyjnych. W wielu kościołach właśnie tym stało się nabożeństwo. Karty obecności na końcu każdej ławki pozwalają śledzić, kto uczęszcza do kościoła. Piosenki uwielbieniowe wyświetlane ponad głowami ludzi stały się odpowiednikiem Przyrzeczenia Wierności. Natomiast ogłoszenia, które przekazywane są na różne sposoby, pełnią funkcję, cóż, ogłoszeń. Warto przyjrzeć się temu, jak różne formy przybierają ogłoszenia podczas ewangelikalnych nabożeństw. Nie chodzi tylko o to, że pastorzy oraz przewodniczący różnorakich komitetów mówią o nadchodzących wydarzeniach w kościele. Również świadectwa oraz ludzie mówiący o działaniu Boga w ich życiu często mają zachęcić do specjalnych programów oferowanych w tym zborze. Do tego dochodzi jeszcze czas na szukanie oraz powoływanie różnych pracowników kościoła takich jak nauczyciele cotygodniowej oraz wakacyjnej szkoły niedzielnej, co również ma przypomnieć o programach kościoła oraz potrzebie większej liczby osób do ich kontynuacji.

Ważną różnicą pomiędzy ewangelikalnym nabożeństwem a godziną wychowawczą w państwowej szkole średniej jest zebranie ofiar oraz mowa pastora. Publiczne szkoły mogą polegać na podatkach i nie ma potrzeby przekazywania tacy na datki, chyba że jest jakaś wycieczka, której nie pokrywa roczny budżet. Podobnie wykłady są umieszczone w czasie normalnych godzin lekcyjnych i nie muszą być mieszane ze sprawami organizacyjnymi. Jednak kazanie w kościołach ewangelizacyjnych daje wartościowe narzędzie pozwalające pastorowi na powiedzenie mowy motywacyjnej, która zainspiruje członków zboru do większego zaangażowania w jego działania w tygodniu. W tym procesie środki łaski stały się środkami motywacyjnymi. Zamiast postrzegać zwiastowanie Słowa, znów podążając za Mniejszym Katechizmem, jako sposób na „przekonywanie oraz nawracanie grzeszników oraz budowanie ich w świętości i pociesze”, kaznodziejstwo jest rozumiane jako narzędzie do inspirowania wierzących, by włączyli się w prawdziwą pracę kościoła – to jest w działania i programy odbywające się w tygodniu. Skutek tego jest taki, że kazanie oraz inne elementy nabożeństwa – wręcz cała liturgia – na tym cierpią. Ludzie nie widzą już w nich środków, poprzez które będą wzmacniani w Wierze. Zamiast tego zwracają się ku „specjalnym służbom” jako sposobom na docieranie do ludzi z zewnątrz, rozwijanie kościoła oraz zachęcanie członków do zaangażowania.

Duchowy pozytywizm

Skoro już wspomnieliśmy zaangażowanie, zastanówmy się jak jest ono rozumiane w kręgach ewangelikalnych. Odpowiedź na to pytanie pomoże nam zrozumieć, dlaczego ewangelikałów nie obchodzi liturgia, niezależnie od tego, czy rozumieć ją jako etos formalności i powagi, czy też jako posiadanie modlitewnika, śpiewników, czytań z Pisma Świętego oraz kazania wyjaśniającego fragment biblijny. Jest tak, ponieważ sposób w jaki ewangelikałowie zaczęli oceniać, czy pobożność lub religijność jest szczera, opiera się na wadliwym rozumieniu doświadczenia religijnego.

Od niemal trzech wieków ewangelikałowie podchodzą podejrzliwie do formalności i rutyny podczas nabożeństwa. Odrzucają przyjęte formuły ponieważ wierzą, że prawdziwą pobożność i wiarę każdy musi wyrazić własnymi słowami. Sam pomysł, że wierzący może wyrazić swoją wiarę słowami Westminsterskiego Wyznania Wiary, lub pomodlić się słowami spisanymi przez nieżyjącego już chrześcijanina, zdaje się wskazywać, iż ta osoba przymusza się do tego i nigdy nie doświadczyła prawdziwego wylania łaski. W przeciwnym razie natychmiast byłaby w stanie wyrazić swoją wiarę w spontaniczny i osobisty sposób. Ewangelikałowie często wyśmiewają różne liturgie jako martwe i nudne. Prawdziwe doświadczenie chrześcijańskie przejawia się w nowych słowach. Im bardziej są one emocjonalne i osobiste tym lepiej. Z tych samych powodów ewangelikałowie podchodzą podejrzliwie do rutyny podczas nabożeństwa. Jego ustalony porządek ogranicza ich zdaniem Ducha Świętego. Nie ma znaczenia to, że części składowe takiego nabożeństwa są dokładnie tymi środkami, których Bóg używa, aby zbliżyć swój lud do siebie. Jeżeli ktokolwiek źle znosi takie czynności, chociażby i niewierzący, to musimy wymyślić nowe formy nabożeństwa, które pomogą owym poszukującym zostać poruszonymi przez Ducha.

Oczywiście ironia tkwi w tym, że nawet najbardziej spontaniczne i nieformalne nabożeństwo może być równie formalne i rutynowe, co najbardziej podniosła anglo-katolicka liturgia. Jeżeli ma ono jakikolwiek porządek, nawet 30 minut pieśni, 30 minut kazania pastora, 20 minut modlitwy, ogłoszenia i ofiary, to nie jest już spontaniczne. Ewangelikałowie często wydają się zapominać, że niezależnie od tego, czy wyrażą swoją wiarę słowami hymnu „Warownym grodem jest nasz Bóg”, czy pieśni „Majestat”, to samo w sobie nie zapewnia, że śpiewający naprawdę ma tę wiarę w sercu. Uczestnik najbardziej nawet charyzmatycznego nabożeństwa może udawać machanie rękoma, mówienie językami i padanie ze śmiechem na podłogę, tak samo jak prezbiterianin może udawać recytowanie Nicejskiego wyznania wiary, modlenie się „Ojcze nasz” oraz skupienie podczas kazania. Nikt nie może przeniknąć tajników ludzkiego serca. Możemy polegać tylko na zewnętrznym wrażeniu oraz wiarygodnym wyznaniu wiary. Żadna forma nabożeństwa nie ujawni prawdziwego stanu duszy. Kiedy uświadomimy to sobie oraz kiedy zdamy sobie sprawę, że każde nabożeństwo będzie w pewnym sensie formalne, ponieważ nie potrafimy obejść się bez jakichś form (mówienie językami jest tak samo formą, jak recytowanie razem słów modlitwy lub wyznania wiary), powstaje pytanie, których form nabożeństwa powinniśmy używać zgodne z tym, co Bóg nam objawił. Odpowiedzią nie są ogłoszenia, świadectwa i specjalna muzyka. Częściami lub formami nabożeństwa objawionymi w Piśmie są raczej czytanie i zwiastowanie Słowa, modlitwa, śpiewanie na chwałę Bożą oraz sprawowanie sakramentów.

Te formy nie usatysfakcjonują jednak ewangelikałów ze względu na ich wrogość wobec liturgii. Jest tak, ponieważ ewangelikałowie pragną mieć absolutną pewność, kto jest, a kto nie jest prawdziwym chrześcijaninem. Ponieważ formy nie są dobrym barometrem stanu ludzkiego serca, musieli znaleźć sobie inne wskazówki. Najbardziej wyraźną z nich wydaje się być doświadczenie, zwłaszcza takie, które świadczy o bezpośrednim dramatycznym działaniu Boga w życiu człowieka. Przeżycie nawrócenia przez długi czas spełniało tę rolę. Ale potem pojawiło się powtórne błogosławieństwo doskonałości, a z nim mówienie językami oraz, zupełnie niedawno, święty śmiech. Jakkolwiek ma się to przejawiać, ewangelikałowie pragną bezpośredniego dowodu Bożego działania. Ma być ono widzialne i prowadzić do dramatycznej przemiany życia lub niezwykłego przejawu pobożności. Właśnie dlatego, pomimo pozornie mistycznego nacisku na przeżycie, ewangelikałowie tak naprawdę są skrycie pozytywistami. Potrzebują fizycznego dowodu działania łaski i nie zadowolą ich te, które są formalne, rutynowe, powściągliwe w wyrazie i konwencjonalne. Ten wniosek potwierdza tylko sugestywną obserwację Davida Bebbingtona, że ewangelikalizm powstał w tym samym czasie co oświecenie i przyjął kryteria rozpoznawania prawd duchowych, które są łudząco podobne do tych używanych przez naukowców w odniesieniu do badania świata materialnego. Zarówno oświeceniowi filozofowie, jak i ewangelikalni wędrowni kaznodzieje żądali, żeby prawda była poznawalna empirycznie. Ten krok był katastrofalny dla chrześcijaństwa. W ten sposób odrzucone zostało nauczanie Pisma Świętego o tym, że Boże działania względem ludzi są niezbadane, a ludzkie serce okryte tajemnicą. Zanegowano też znaczenie pracy kościoła, który dostarcza wierzącym wzorca pobożności. To w ramach tego wzorca osobista wiara jest karmiona i uczona dyscypliny.

Odnowa liturgiczna?

Oczywiście niektórzy ewangelikałowie zaczynają odkrywać liturgię na nowo. Odnoszący sukcesy mega-kościół będzie miał dziś nie tylko nowoczesne nabożeństwo, ale też takie z togami, chórem i czytanymi modlitwami. Jednak ta zabawa w liturgię jest pozbawiona głębi. To jeszcze jeden przejaw przedsiębiorczości ewangelikalizmu, kolejny sposób na przyciągnięcie ludzi spoza kościoła, tylko tym razem tych, którzy mają zbyt wyrafinowane gusta i intelekt, żeby usatysfakcjonowało ich nabożeństwo wzorowane na MTV, jakie można znaleźć w wielu zborach ewangelikalnych. Rozwiązaniem nie będzie rzecz jasna odkrycie przez ewangelikałów wartości oraz uroku liturgii. Powinni raczej rozważyć teologicznie, na czym polega biblijne nabożeństwo, jaki jest rzeczywisty cel oraz służba kościoła oraz czym jest prawdziwa chrześcijańska pobożność. Jednak takie rozważania oznaczałby koniec ewangelikalizmu. Dzięki nim ewangelikałowie odkryliby bogactwo tradycji reformowanej, luterańskiej i anglikańskiej, gdzie te kwestie zostały sformułowane i wyrażone oraz gdzie nabożeństwo jest logicznym wyrazem wyznania wiary zboru i stanowi sedno posługi kościoła. Dzięki nim porzuciliby też te okropne piosenki uwielbieniowe. Zapamiętajcie to.

__________

Dr Darryl G. Hart – profesor historii kościoła w Hillsdale College, wcześniej wykładał w Westminster Seminary w Kalifornii oraz Westminster Theological Seminary w Filadelfii. Jest starszym w Orthodox Presbyterian Church. Artykuł ukazał się pierwotnie w piśmie Modern Reformation, R. 5, 1996, nr 1 (dostępnym na stronie White Horse Inn: https://www.whitehorseinn.org/issue/pardon-praise-worship-calmly-considered/). Tekst tłumaczył Filip Sylwestrowicz. Publikujemy za zgodą wydawcy.

 

  1. Okres odnowy religijnej w Ameryce, która miała miejsce między końcem XVIII wieku a połową XIX wieku – przyp. tłum.
  2. Ruch odnowy religijnej w Ameryce w latach trzydziestych i czterdziestych XVIII wieku – przyp. tłum
  3. Inwokacją nazywa się pierwszą modlitwę podczas nabożeństwa, w której prowadzący (pastor) prosi Boga o jego pobłogosławienie – przyp. tłum.
  4. Organizacja działająca na rzecz zachowywania chrześcijańskiej etyki seksualnej, w tym m. in. promująca wierność małżeńską – przyp. tłum.
  5. Ang. altar call  – praktyka polegająca na wezwaniu słuchaczy do wyjścia na środek kościoła, gdzie zostaną poprowadzeni w modlitwie nawrócenia – przyp. tłum.
  6. Ang. circuit riders – termin odnoszący się do kaznodziejów metodystycznych, którzy mieli za zadanie objeżdżać pewien obszar w celu ofiarowania opieki duszpasterskiej oraz organizowania zborów – przyp. tłum.
  7. Artykuł ukazał się pierwotnie jeszcze za życia Billy’ego Grahama – przyp. tłum.
  8. Ang. Church growth movement  – niejednorodny ruch w amerykańskim protestantyzmie, którego celem jest działanie na rzecz rozwoju liczebnego kościołów – przyp. tłum
  9. Autor odwołuje się oczywiście do realiów amerykańskich. Ang. homeroom to czas na początku lub w środku dnia zajęć w amerykańskiej szkole średniej, kiedy nauczyciel sprawdza obecność i załatwia sprawy organizacyjne – przyp. tłum.
  10. Ang. Pledge of Allegiance – wyraz lojalności wobec flagi Stanów Zjednoczonych, przyrzeczenie to jest recytowane między innymi przez uczniów w szkołach – przyp. tłum.